wstecz
Środa, 23 Sierpnia 2006
Życie i śmierć Ozzyego
Gigantyczna, ogólnopolska kampania miłośników psów przeciwko Agnieszce W.
W ubiegłą środę 20-letnia lubinianka przygarnęła chorego,
zabiedzonego goldena znalezionego przez dziewczyny z Dogomanii.
Cztery dni później obrońcy zwierząt wykopali go w pobliżu jej
domu - bestialsko zabitego tępym narzędziem i pogrzebanego
żywcem. Obrońcy zwierząt zawiadomili media, na dziesiątkach
internetowych forów trwa dyskusja, spontanicznie powstają
strony i plakaty poświęcone Ozzyemu. Ruszyła też zbiórka
pieniędzy na proces oprawców psa. Gdy w niedzielę 13 sierpnia
Małgorzata z Lubania znalazła Ozzyego na ulicy, z wyczerpania
słaniał się na łapach. Był zabiedzony, brudny bardzo chudy i
chory. Miał raka jąder, potrzebował ścisłej opieki weterynaryjnej.
Dziewczyny z Dogomanii - internetowego portalu dla miłośników psów
- szukały dla niego domu.
Dobra Agnieszka
Zgłosiła się do nich 20-letnia Agnieszka W. z Lubina.
Zdobyła ich zaufanie. Opowiadała, że jej rodzice stracili
takiego samego golden retrivera w wypadku i chętnie przygarną
Ozzyego na stałe. W Kraśniku pod Bolesławcem mieli dom z ogrodem.
W środę 16 sierpnia około godziny 18 zabrała psa do Lubina. - Była
zobligowana do leczenia i informowania na bieżąco o stanie zwierzaka.
Ale nie odzywała się, więc zaczęliśmy się niepokoić - opowiada Jerzy
Kolano, jeden z ludzi, którzy szukali goldenowi domu.
Przestał oddychać
Już nazajutrz ludzie z Dogomanii odnieśli wrażenie, że Agnieszka
coś kręci. Twierdzą, że zmieniała wersje, wyłączała komórkę,
nie reagowała na prośby ani groźby. W piątek po wielu telefonach
napisała, że pies nie żyje. Do Lubina przyjechali miłośnicy zwierząt
z Krakowa i Wrocławia. Agnieszka pokazała im skwer nieopodal jej
mieszkania, gdzie w czwartek koło godz. 17 z koleżanką zakopała Ozzyego.
Pogrzebany żywcem?
Miłośnicy psów twierdzą, że profesor z Akademii Rolniczej
we Wrocławiu, który w poniedziałek robił sekcję zwłok, był
wstrząśniety. Jeszcze nie widział tak zmaltretowanego zwierzęcia.
Według nich, Ozzy zginął jeszcze w środę, krótko po przekazaniu
Agnieszce. Katowano go tępym narzędziem, być może szpadlem.
Ma połamany kręgosłup, żebra, mostek, oba podudzia i szczękę.
Umierał co najmniej cztery godziny. Istnieje przypuszczenie,
że został pogrzebany żywcem i ostatecznie udusił się dopiero
w worku. Są jeszcze dwie inne, wykluczające się wersje wydarzeń.
Wersja Agnieszki W.
Szczupła niebieskooka blondynka - chętnie i otwarcie
z nami rozmawia. - Ktoś mnie wrabia - mówi, gdy opowiadamy
jej o rozmiarach ogólnopolskiej kampanii przeciw katom Ozzyego.
- Idę z tym na policję. Twierdzi, że Ozzy sam przestał oddychać.
Było to w czwartek po południu, gdy zostawiła psa pod opieką koleżanki.
Gdy go zakopywały, na działkach było sporo ludzi. Według Agnieszki
musieli widzieć, że pies nie był skatowany. - Zdechł sam. Chodziłam
po weterynarzach. Słyszałam, że Ozzy jest nie do wyleczenia, ale i
tak chciałam go ratować - mówi.
Wersja weterynarza
Doktor Marek Dyląg, lubiński weterynarz, pamięta
szczupłą blondynkę, która w czwartek ok. godz. 17. przyprowadziła
do niego goldena z rakiem jąder i zapaleniem skóry. Chciała, by go uśpił.
Przekonywał, że lepiej go leczyć. Potem jednak - zgodnie z wolą właścicielki
- dał mu zastrzyk. Jakiś starszy mężczyzna pomagał dziewczynie zabrać zwłoki
z gabinetu. Miłośnicy psów z całej Polski liczą, że prokuratura wykryje winnych,
a sąd wymierzy im karę. Przez internet żądają, by była wysoka.
Źródło: SP&GW
Artykuł można przeczytać tutaj
Albo zobaczyć tutaj (pdf)